CHAPTER 2
Studia, powrót i pierwsze firmy
27 min
Studia w Polsce
Gdy nadszedł koniec szkoły i czas wyboru dalszej drogi, postanowiłem, że chcę zostać lekarzem. Już w liceum musiałem wybrać kierunek. Zdecydowałem zapisać się na profil biologiczno-fizyczny, który również miał rozszerzony program muzyczny, który dawał możliwość późniejszego aplikowania na uniwersytet medyczny, a jednocześnie kontynuowania mojej muzycznej pasji. Gwarantowano, że dodatkowe zajęcia były z góry nastawione na muzykę. Bardzo mi to odpowiadało, bo wybierając ten kierunek, uczyłem się i przygotowywałem do startowania na uniwersytet medyczny, ale miałem również dużo czasu na grę na pianinie. Był to czas, kiedy bardzo dużo ćwiczyłem i bardzo to lubiłem. Gdy dostałem się do liceum na wybrany przeze mnie kierunek, okazało się, że mój dotychczasowy prywatny nauczyciel pianina nie miał takich uprawnień jak ten szkolny. Oznaczało to, że nie mógł wystawiać mi ocen, które szkoła by uznawała. Musiałem podjąć współpracę z nauczycielką ze szkoły. Już samo to spowodowało pierwszy zgrzyt i moje niezadowolenie, gdyż bardzo lubiłem i ceniłem swojego nauczyciela. Do tego na pierwszej lekcji pokłóciłem się z nową nauczycielką. Nie chciała posłuchać moich utworów i sprawdzić, na jakim jestem poziomie, tylko już przy pierwszym akordzie skarciła mnie za niepoprawne trzymanie palców. Tak mnie to zdenerwowało, że postanowiłem, iż więcej z tą panią nie będę grał. Postawiłem dyrektorowi szkoły ultimatum: albo dostanę innego nauczyciela (najlepiej swojego), albo zmieniam kierunek na inny, tak żebym dalej mógł dostać się na medycynę, ale nie mieć już lekcji muzyki z tą panią. Okazało się, że nie mieli zatrudnionego innego nauczyciela, więc w ramach zastępstwa lekcje ze mną miał prowadzić rektor szkoły muzycznej, który również był pedagogiem od
pianina. Lekcje z nim wyglądały tak, że czasami przychodził, czasem nie, ale nigdy mnie o tym nie informował. Niestety wpłynęło to na moją ocenę. Do tego kiedy rozpocząłem ten kierunek, szkoła uznała, że jestem za dobry muzycznie, żebym uczęszczał na podstawowy kurs i od razu wrzucili mnie na wyższy poziom, co spowodowało, że na koniec roku dostałem tróję z gry na pianinie. W Szwecji, żeby dostać się na medycynę, trzeba mieć najwyższą średnią ze wszystkich przedmiotów, ale to i tak nie stanowi gwarancji przyjęcia – osób z najwyższą średnią jest więcej niż miejsc na roku. Tak naprawdę to wszystko jest kwestią loterii: masz szczęście lub nie masz. A jeśli nie masz, to nawet najlepsze oceny nie są w stanie ci pomóc. W związku z tym, że z gry na pianinie otrzymałem tróję, to od razu zostałem wykluczony z ubiegania się o miejsce na szwedzkiej uczelni medycznej. (To jest moja oficjalna wersja… Niespecjalnie chwalę się tym, że z innych przedmiotów również nie uzyskałem wysokich ocen). Zamiast tego moja mama zorganizowała mi miejsce na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi, żebym dalej mógł realizować moje marzenia o staniu się lekarzem. Mimo tego, że nie miałem najlepszych ocen, to jako obcokrajowiec, który płaci za studia, zostałem na nie przyjęty. Rozpocząłem przygodę z przeprowadzką do Polski, która wtedy nie należała jeszcze do Unii Europejskiej. Od momentu wyprowadzki naszej rodziny z Polski, kiedy miałem półtora roku, do momentu powrotu związanego ze studiowaniem, w kraju spędziłem łącznie około trzy tygodnie. Byłem może dwa, trzy razy. Polacy, którzy byli w Szwecji i dowiedzieli się o pomyśle studiowania w Polsce, zaczęli mnie przestrzegać. Mówili, że muszę uważać i nikogo nie zapraszać do domu, bo jak zobaczą, że mam więcej niż ktoś inny, to mogą mnie okraść lub skrzywdzić. Przestrzegali mnie, żebym nie mówił, gdzie mieszkam i nie zapraszał nikogo. Z takim wyobrażeniem zacząłem moją przygodę z Polską. Zapakowałem swój samochód po brzegi – pomógł mi w tym Pan Zbyszek (ten, u którego wcześniej pracowałem w pralni). Miał
mercedesa vito i wspierał mnie w przeprowadzce. Pierwsze kłopoty zaczęły się na granicy, gdy wjechałem na stronę Polską. Urzędnicy celni zatrzymali mnie i zaczęli wypytywać, co wiozę i po co jadę. Zapytali również, dlaczego tak dużo wiozę ze sobą. Wyjaśniałem, że jadę na studia i to jest mój sprzęt, m.in. wieża stereo, komputer, telewizor, który będę miał tymczasowo ze sobą. Celnicy odpowiedzieli, że to nie jest takie proste, że mogę przewieźć sobie, co chcę. Kazali mi zapłacić cło. Spisali numery tego sprzętu i po całym dniu spędzonym na granicy, w końcu mnie przepuścili. Później musiałem w Urzędzie Celnym w Łodzi kontynuować cały ten etap legalizowania wwożenia moich prywatnych rzeczy, które chciałem mieć na studia. Pamiętam, że przez miesiąc codziennie jeździłem do tego urzędu. Zawsze trafiałem na duże kolejki, stałem po dwie godziny, chodziłem od okienka do okienka i znowu stałem kolejne godziny. Czasami, gdy dochodziłem do okienka, urzędniczka mówiła, że potrzebna jest pieczątka uczelni. Innym razem, że muszę jechać do kolejnego urzędu. Przez miesiąc tak kursowałem między urzędami i uzbierałem łącznie 47 różnych pieczątek. Koniec końców udało mi się dogadać tak, że sprzęt zarejestrowano w Polsce jako tymczasowo przywieziony. W związku z tym przestał być traktowany jako importowany, nie musiałem płacić cła, a tylko roczną opłatę za tymczasowe posiadanie sprzętu na trenie Polski. Miałem tylko, po zakończeniu studiów, wywieźć go do Szwecji. Po tym miesiącu, zadowolony z tego, że już mam pierwsze formalności za sobą i jeszcze miesiąc do rozpoczęcia studiów, mogłem zaaklimatyzować się w Polsce. Nie ukrywam, że co najmniej z kilku powodów nie było to takie proste. Nie mówię z wyraźnym akcentem zagranicznym i na pierwszy rzut oka nie widać, że jestem obcokrajowcem. Moje imię również tego nie zdradza – jakby nie było, urodziłem się w Polsce – ale kiedy dorasta się za granicą i nie ma się styczności z językiem, to zarówno czytanie, jak i mowa nie są proste. Czasem, gdy rozmawiałem z ludźmi, dziwnie na mnie patrzyli, bo nie miałem zagranicznego akcentu, ale dziwnie składałem zdania lub używałem dziwnych słów, bo próbowałem sam je stworzyć lub
przetłumaczyć dosłownie ze szwedzkiego. Nawet tak proste czynności, jak robienie zakupów były dla mnie wyzwaniem. Miałem problem też z tym, żeby odróżnić masło od margaryny. Pamiętam, że kiedyś w Tesco zaczepiłem pracownika i pokazałem mu kostkę masła, którą trzymałem w dłoni i zapytałem, czy to na pewno masło. On popatrzył zdziwiony i przytaknął. A kiedy się odwrócił i odchodził, dogoniłem go, zatrzymałem i zapytałem: „czy na pewno to jest masło na chleb?”. Pewnie myślał, że robię z niego wariata. Na początku pobytu w Polsce miałem mnóstwo tego typu sytuacji. Po około dwóch i pół miesiącach spędzonych w Polsce, musiałem coś załatwić na uczelni. Wyszedłem z domu na zewnątrz i zobaczyłem, że nie ma mojego samochodu. Zastanawiałem się, w którym miejscu go zaparkowałem – byłem pewny, że pod blokiem. Obszedłem budynek dookoła, ale auta nie było. Pomyślałem, że sprawdziły się przewidywania wszystkich cioć i wujków, którzy twierdzili, że jeśli przyjadę samochodem na szwedzkich numerach, to mi go ukradną. Ich proroctwa spełniły się w niespełna dwa miesiące po tym, jak przyjechałem do Polski. Zadzwoniłem do firmy ubezpieczeniowej, w której poinformowano mnie, że jeśli kradzież samochodu nastąpiła za granicą, to oni przez dwa, trzy miesiące codziennie będą wypłacać mi ryczałt na taksówki lub pokryją opłatę za wypożyczenie auta. Ten ryczałt był na tyle wysoki, że w warunkach polskich stać mnie było na to, by wszystkie sprawy załatwiać, jeżdżąc taksówkami. Zostało mi też trochę oszczędności z tego ryczałtu. Śmieszyło mnie to, że wystarczyły tylko dwa lub trzy tygodnie mojego jeżdżenia taksówkami, żeby obok mojego bloku zrobił się postój. I tak po rozpoczęciu studiów, poszedłem za radą cioć oraz wujków i unikałem kontaktu z osobami z mojej grupy studenckiej. Gdy pytali mnie, gdzie mieszkam, udawałem, że się nie orientuję, bo jestem nowy w Łodzi i mieszkam z babcią. Nie chciałem też, żeby wiedzieli, że poruszam się po mieście, jeżdżąc taksówkami. Nie do końca również umiałem przemieszczać się komunikacją miejską. Czasem brałem
taksówkę, ale nie dojeżdżałem pod blok, tylko wysiadałem wcześniej. Tym sposobem dojeżdżałem do wszystkich miejsc, ale nikt za bardzo nie widział, jak to robię. To spowodowało, że ludzie uważali mnie za dziwaka, który nie wiadomo, gdzie mieszka, znika po zajęciach, nagle się pojawia i do tego dziwnie mówi. Po kilku miesiącach, podczas zajęć z anatomii profesor opowiadał o czymś i użył słowa „kał”. Ja nigdy wcześniej nie spotkałem takiego wyrażenia. Gdy je usłyszałem, to podniosłem rękę. Wszyscy dookoła mnie zareagowali nerwowo i zastanawiali się, co robię. Profesor odwrócił się w moją stronę i zapytał mnie, co się stało. Zapytałem więc: „co to jest kał?’’. Większość buchnęła śmiechem, a część osób miała dziwną minę… Od razu po zajęciach koledzy z grupy otoczyli mnie i zażądali, abym powiedział im, kim jestem i co tutaj robię, bo nie wiedzą, o co chodzi. Wytłumaczyłem im, że jestem ze Szwecji i mam problem z językiem polskim. Trochę wszystkim ulżyło, a ja rozwiałem ich wszystkie dziwne domysły na mój temat. Od tego momentu zaczęli się ze mną przyjaźnić. W okresie świątecznym pojechałem do Szwecji. Pamiętam, że na drugi dzień po przybyciu zadzwonił do mnie telefon z Polski z informacją o włamaniu do mojego mieszkania i kradzieżą wszystkich rzeczy. Mając jeszcze dwa tygodnie do powrotu do Polski zastanawiałem się, co złodzieje zabrali. Po powrocie miałem zdawać egzamin z biofizyki i musiałem się uczyć, a tymczasem patrzyłem tylko w książkę i chciało mi się płakać. Po przyjeździe do Łodzi usłyszałem, że moje mieszkanie okradziono w biały dzień. Obok mnie mieszkała starsza pani, która, gdy złodzieje wyważali łomem drzwi, wychyliła się i zapytała, co robią, a oni odpowiedzieli jej, że je remontują. Tym sposobem włamywacze weszli do mieszkania, a sąsiadka nie zadzwoniła na policję. Finał tej historii był taki, że zostałem praktycznie bez niczego: skradziono mi wieżę stereo, komputer, telewizor. Zastanawiałem się, co dalej. Na drugi dzień miałem egzamin z biofizyki, więc poszedłem na niego nieprzytomny. Siedziałem nad kartką, wpisałem swoje imię i pół godziny patrzyłem na pierwsze pytanie. Myślałem tylko o tym, jaki beznadziejny jest ten
kraj i że wszyscy w Szwecji mieli rację: tylko kradną, nic nie można nikomu powiedzieć. Spełniły się wszystkie najgorsze przepowiednie. Przerwałem egzamin ze łzami w oczach i oddałem pustą kartkę. Postanowiłem, że nie chcę być w Polsce i wracam do Szwecji. To nie było proste. Musiałem załatwić kwestie związane z policją, a potem z urzędem celnym, bo przecież przy wjeździe spisali wszystkie rzeczy, a teraz zostały one skradzione. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby kupić taki sam sprzęt i podstawić go pod ten oryginalny. Poszedłem do urzędu celnego, mając wszystkie dokumenty od policji z pytaniem, co teraz. Ludzie w urzędzie byli bardzo niemili. Otrzymałem informację, że skoro to nie był pożar ani powódź, a więc sprzęt nie został zniszczony, domniemywano, że nadal funkcjonuje. W związku z tym nie mogłem go wywieźć z kraju, co oznaczało, że dokonałem importu do Polski. Musiałem więc zapłacić cło, czyli jakieś dziesięć tysięcy złotych. Znowu poczułem, że to beznadziejny kraj i na pewno nigdy więcej się tu nie pojawię. Byłem bardzo zdeterminowany, żeby wrócić do Szwecji, ale pojawiła się jedna sprawa, która wzbudziła we mnie poczucie straty. Nie chodziło o skradzione rzeczy. W mojej grupie była dziewczyna, Asia, w której się zakochałem. Nigdy nie odważyłem się, żeby zaprosić ją na randkę albo nawet do niej zagadać. Wyprowadzka do Szwecji oznaczała, że już nie będę miał okazji tego zrobić. Kiedy załatwiłem wszystkie sprawy formalne związane z wyjazdem, pojechałem do sklepu i kupiłem czekoladki w kształcie serduszka, następnie udałem się do akademika i pożegnałem się z Asią. Nigdy jej wprost nie powiedziałem o swoich uczuciach, ale sądziłem, że ten gest i czekoladowe serce będą dla niej wymowne. Z czasem okazało się, że były. W końcu wyruszyłem w podróż do Szwecji. Byłem ogromnie zmęczony. Na tyle, że musiałem na trasie robić postoje, bo miałem krwotoki z nosa, co uniemożliwiało mi prowadzenie auta. Zjeżdżając nowym samochodem z promu, również spotkałem się z odprawą celną. Celnicy widzieli, że jedzie samochód na szwedzkich numerach i poprosili
mnie, żebym nie stał w kolejce, tylko przejechał przez boczną bramę, gdzie przepuszczali wszystkich Szwedów bez kontroli. To był moment, w którym poczułem, że wreszcie jestem w domu, wreszcie traktują mnie jak uczciwego, dobrego człowieka, a ludzie są życzliwi. Czułem się tak, jakby wiedzieli o moich przygodach i witali mnie z sympatią.
Wtedy nauczyłem się, że:
- Jeśli gdzieś jest ci źle, wszystko idzie jak po grudzie, to nie musisz na siłę trzymać się swojej decyzji, może warto ją zmienić.
- Jeśli miało się jakąś wizję, co do swojej przyszłości, to trudno jest zmienić decyzję, towarzyszy temu strach i duża niepewność. Teraz wiem, że rok czy dwa w perspektywie całego życia, mają mniejsze znaczenie, niż nam się wydaje, a doświadczenia, które zdobywamy, mimo że nieprzyjemne, są bardzo cenne.
Powrót do Szwecji
Po powrocie do domu emocje opadły. Zacząłem zastanawiać się, co dalej. Zrezygnowałem ze studiów medycznych, ale chciałem rozpocząć coś innego. W Szwecji są takie egzaminy, które umożliwiają dostanie się na
studia medyczne, jeśli zda się je z dobrymi ocenami. Zapisałem się na taki egzamin i dostałem katalog pełnej oferty programowej z wszystkich uniwersytetów. Była tam informacja o wymaganiach, by dostać się na konkretne kierunki, taka jak średnia na ostatnim roku i ocena na egzaminie. Przeglądając ten katalog, natknąłem się na Uniwersytet Technologiczny w Luleå, który proponował program o nazwie Space Engineering. Wziąłem telefon i zadzwoniłem pod wskazany numer, żeby dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi w tej ofercie. Okazało się, że dodzwoniłem się do profesora, który był odpowiedzialny za wybrany przeze mnie program. Wyjaśniłem mu swoją sytuację, a on opowiedział mi bardzo ciekawe rzeczy i zafascynował mnie przykładami tego, co robią studenci na zajęciach i czym można zajmować się po tym kierunku. Profesor nie zastanawiał się długo i stwierdził, że szkoła się już zaczęła, więc jeśli chcę dołączyć, to muszę zarejestrować się w poniedziałek. Zaoferował, że poinformuje o tym panie rejestratorki. Rozmawiałem z nim w czwartek, więc na zastanowienie miałem dwa dni. Skoro w Polsce mi się nie udało, to przeprowadzenie się tym razem 1500 km na północ nie wydawało się niczym strasznym. Przynajmniej wciąż będę w Szwecji. Tak wtedy to postrzegałem. W sobotę zapakowałem samochód i całą niedzielę spędziłem, pokonując te 1500 km na północ, nocując w samochodzie niedaleko kampusu i całodobowej stacji paliw, gdzie mogłem skorzystać z toalety, umyć zęby, itd. Pierwszą noc spędziłem w samochodzie. Na drugi dzień zarejestrowałem się i poszedłem na pierwszą lekcję, zacząłem również szukać mieszkania. W taki sposób pojawiłem się na północy Szwecji na Uniwersytecie Technicznym w Luleå. Już nie na studiach medycznych, a na studiach związanych ze Space Engineering (inżynierią kosmiczną).
Aleja Gwiazd i firma tworząca strony WWW
Znowu nie potrafiłem spokojnie zająć się tylko studiami. Do głowy przychodziły mi kolejne pomysły i cały czas zastanawiałem się nad stworzeniem swojego biznesu. Pamiętam jeden z wieczorów, kiedy z moim kolegą z roku, Andersem, siedzieliśmy u niego w akademiku. Miał pokój położony blisko pomieszczenia wspólnego dla całego piętra. Taką świetlicę z kuchnią i telewizorem. Przewijało się tam pełno ludzi, były śmiechy i dużo alkoholu. Inni studenci z akademika imprezowali, a my siedzieliśmy u Andersa w pokoju wpatrzeni w stronę www. milliondollarhomepage.com. Ktoś stworzył stronę, na której był jeden obrazek składający się z miliona pikseli. Każdy mógł kupić 1 piksel za 1 dolara i prawie wszystkie piksele były sprzedane. Byliśmy pod wrażeniem, że taki prosty pomysł przyciągnął tylu ludzi. Był dziwny, całkowicie nie miał głębszego sensu, ale biznesowo uważaliśmy go za genialny. Zastanawialiśmy się nad tym, żeby zrobić własny „miliondollarhomepage”, ale nie mogliśmy skopiować pomysłu. Chcieliśmy wymyślić coś swojego. Ludzie wchodzili co chwilę do pokoju Andersa i wołali nas, żebyśmy dołączyli do nich, żebyśmy nie byli tacy nudni. Uśmiechałem się, ale myślałem sobie, że strasznie marnują swoje życie. Kiedy byłem postawiony przed wyborem między – wypiciem kilku piw w towarzystwie ludzi, którzy mnie nie interesowali w żaden sposób albo – dyskutowaniem z Andersem na temat pomysłów na własny biznes, to dla mnie wybór był bardzo prosty. Czasami zdarzało się, że ciśnienie ze strony innych, żebyśmy nie siedzieli przed komputerem, tylko dołączyli
do imprezy, było tak duże, że poddawaliśmy się presji i wychodziliśmy do nich na chwilę. Bardzo często robiłem „angielskie wyjście”, znikałem bez pożegnania i zmywałem się do siebie do domu. Miałem 30 minut jazdy autobusem od Andersa do małego domku (tak zwany „bagar stuga”, 25-30 mkw., będący częścią większego gospodarstwa). To nie był typowy dom, gdyż dawniej w tym budynku piekło się chleb i inne rzeczy, aby nie robić tego i nie rozsiewać zapachów w domu gospodarza. Ten domek składał się z jednego wielkiego kominka w centralnej części budynku, kuchni po jednej stronie i pokoju po drugiej, w którym miałem wszystkie swoje rzeczy. W drodze do domu i w domu (który zresztą był w lesie), panowała całkowita cisza. Tam mogłem w spokoju dalej zastanawiać się nad pomysłami i planami, co zrobić, aby odnieść sukces. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić Aleję Gwiazd. Niekończąca się aleja gwiazd, na której każdy może wykupić swoją gwiazdę i wpisać imię lub nazwę swojej firmy. Anders zaczął pracować nad grafiką, tworzył tło i różne modele gwiazd, które miały być do wyboru. Wiedzieliśmy jednak, ze nawet jeśli będzie to fajnie wyglądało, to trzeba będzie zapłacić za domenę, hosting i inne techniczne elementy, ale również za marketing. Niestety, jako studenci nie mieliśmy pieniędzy na taką inwestycję. Trzeba było jakoś pozyskać finanse. Najprostsze wydawało nam się zdobycie klienta, który chciałby stronę internetową i byłby gotowy zapłacić za jej zrobienie.
Nadal dziwię się wielu start-upom, które szukają inwestorów albo pytają się, jak mają zdobyć finansowanie na swoje projekty. Moim zdaniem bardzo często pomijają fakt, że najlepsza metoda na finansowanie własnej firmy, to właśnie sprzedaż.
Kiedy zacząłem pytać ludzi, czy nie potrzebują strony WWW, bardzo szybko znalazła się osoba znająca firmę, która chciała mieć swoją stronę internetową – usłyszałem zatem: „my nie, ale znam kogoś, kto właśnie potrzebuje strony”. Pierwszy klient i pierwszy pitch: „Zrobimy tanio, bo jesteśmy studentami” – zadziałało doskonale. Zwłaszcza że cokolwiek zarobiliśmy było dla nas na plus, gdyż nie mieliśmy kosztów, a wszystko chcieliśmy przekazać na naszą Aleję Gwiazd. Zaczęliśmy zbierać pierwsze wytyczne, co do strony i zabraliśmy się do roboty. Projekt ewoluował, ale nakład pracy stale rósł i nie było widać końca. Z każdą naszą propozycją, od klienta pojawiały się również nowe pomysły, sugestie i prośby o zmiany. Przy tym wszystkim Anders wykonywał każdą rzecz strasznie dokładnie, każdy projekt i przykład był dopracowany tak, jakby był ostateczną wersją do publikacji. Projekt zaczął się ciągnąć, a frustracja kumulowała się u wszystkich. Zbliżały się egzaminy, nie było widać końca projektu, a Anders coraz bardziej przykładał się do nauki, a nie do projektu. Był świetny z fizyki i matematyki. Dbał o to, by mieć najlepsze oceny. Nie to, co ja. Ja miałem zdecydowanie pod górkę. Wolałem myśleć o naszych projektach i biznesach. Egzaminy były dla mnie okropne, ale nie dlatego, że bardzo trudno było je zdać. Tylko dlatego, że stały na drodze do stworzenia mojego biznesu. Blokowały mój czas, ale przede wszystkim Andersa, co oznaczało, że nie było progresu w naszej firmie. Po sesji egzaminacyjnej byliśmy mocno zmęczeni, mieliśmy mało energii i motywacji do jakichkolwiek innych rzeczy. Nie marzyliśmy o niczym innym niż o chwili odpoczynku, a tu trzeba było jeszcze dokończyć projekt strony dla klienta. Widziałem, jak bardzo całe to zlecenie męczyło Andersa. Tak naprawdę chcieliśmy już tylko mieć je z głowy, a ja niestety nie umiałem w tym pomóc. Mogłem tylko czekać. To było dla mnie straszne. W bólach dokończyliśmy stronę i koniec końców klient nam zapłacił. Wróciliśmy do naszego projektu Alei Gwiazd. Mieliśmy już zebranych kilkanaście osób w akademiku, które chciały kupić swoją gwiazdę. Strona wystartowała i zaczęliśmy
zbierać pieniądze od naszych klientów. Mimo tego, że szybko udało nam się zdobyć pierwszych płacących klientów, to równie szybko skończyli się chętni. Strona nie dawała tak naprawdę żadnej wartości.
Natomiast projekt został zweryfikowany i dzięki temu my nauczyliśmy się kilku rzeczy:
- Jeśli wykonujesz usługę konsultingową lub stronę, to musisz zdefiniować zakres prac, inaczej klient zje cię żywcem poprzez swoje oczekiwania, pomysły i ciągłe zmiany.
- Nawet jeśli wiele osób wokół ciebie mówi, że masz świetny pomysł i zdobywasz szybko pierwszych klientów, nie oznacza to, że twój pomysł odniesie sukces.
- Projekt może wydawać się fajny, ale jeśli nie zbudujesz czegoś wartościowego, to szybko poniesiesz porażkę.
- Nawet jeśli bardzo lubisz swojego wspólnika, musicie wzajemnie poznać swoje ambicje i priorytety, zanim wejdzie się w jakiś wspólny projekt. Jest to niezbędne, aby nie tworzyć między sobą niepotrzebnego napięcia i frustracji.
Kiedy przyszedł weekend, spotkaliśmy się u Andersa. Sprawdziliśmy, ile osób weszło na naszą stronę. Zgodnie uznaliśmy, że to nie będzie nasz „miliondollarbusiness”. Również powiedzieliśmy sobie, że raczej
nie będziemy się porywać na projektowanie stron dla innych i trzeba wymyślić coś innego. Kupiliśmy piwo, zamówiliśmy pizzę i włączyliśmy serial Futurama. Anders ściągnął wszystkie sezony, więc przez cały weekend prawie nie wychodziliśmy z jego pokoju. Oglądaliśmy odcinek za odcinkiem i prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. Mieliśmy wiele do przemyślenia i woleliśmy odpłynąć w ten futurystyczny serial.
Założenie firmy Condotech i powstanie KYAB
W Szwecji zwraca się dużą uwagę na kwestie ekologii, środowiska, bezpieczeństwa, a szczególnie na to, aby nie marnować zasobów. Zimą, głównie na północy, wiele osób korzysta z podgrzewanych podłóg i ogólnie podgrzewania domów. Jest na tyle zimno, że nawet jeśli mamy w budynku dobrą izolację, to i tak trzeba mocno go dogrzewać. Natomiast jeśli policzyć, ile czasu Szwedzi spędzają w domu, a ile poza nim, to dużo energii jest marnowane. Gdy połączyłem te fakty, zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób można by było to marnotrawstwo ograniczyć, nie obniżając komfortu mieszkania. Myślałem o takiej koncepcji, która pozwoliłaby na to, aby np. moje ogrzewanie podłogowe w łazience działało między 06.30 a 07.30, kiedy wstaję i szykuję się na uczelnię lub do pracy. Później nie ma mnie cały dzień, więc nie potrzebuję grzania, ale chciałbym, żeby wieczorem, gdy wracam do domu, znów było włączone. Tak mniej więcej między 19.00 a 22.00. No i moja głowa zaczęła pracować nad pomysłami na rozwiązania. Znowu dostrzegłem możliwość rozwiązania problemu i stworzenia biznesu. Pierwszym pomysłem był mały komputerek, na którym można by było ustawić określone godziny. To rozwiązanie miało jednak swoje minusy. Pomimo tego, że można by było ustawić godziny manualnie, to nie było to doskonałe rozwiązanie, bo trzeba by było je powtarzać. Ponadto ogrzewanie podłogowe jest tylko jednym elementem. Chciałem, żeby możliwości zaprogramowania różnych elementów w budynku było bardzo dużo. Zacząłem myśleć o inteligentnym domu.
Pomysłów było wiele, ale wiedziałem, że muszę się skupić na jednej rzeczy i potem ją rozszerzać. Ograniczenie ogrzewania podłogowego było nie tylko dobrym elementem całej koncepcji, ale też oznaczało od razu oszczędności dla klienta. Wiele innych pomysłów, jakie rozważałem, było bardziej w kategorii „gadżetów” i nie wygenerowałoby tyle samo oszczędności dla użytkownika systemu. Zależało mi, żeby podłoga sama rejestrowała, w które dni tygodnia i w jakich godzinach jest używana przez mieszkańców i uczyła się, kiedy jest użytkowana, a kiedy nie. Przykładowo w weekendy rzadko korzystałem z łazienki o 06.30 rano, raczej dużo później i zdecydowanie dłużej niż w tygodniu. Miałem kilka pomysłów, jakich czujników użyć do tego systemu, ale nie znałem się na programowaniu i nie wiedziałem, co rzeczywiście byłoby najlepszym rozwiązaniem. Dlatego zacząłem pytać się kolegów na uniwersytecie. Było tam mnóstwo ludzi, którzy uwielbiali systemy i programowanie. Oprócz pomysłów, jak ten system miałby działać i jaka byłaby pierwsza funkcja, trzeba było nadać wszystkiemu realny wymiar. Nie mogło to zostać samym konceptem, o którym tylko myślę i mówię. Musiałem mieć coś namacalnego, co mogę pokazać. Postanowiłem zarejestrować firmę, jednoosobową działalność gospodarczą, którą nazwałem Condotech – połączenie angielskich słów „Condominium” i „Technology”. Chciałem też stworzyć stronę internetową oraz wizytówki. Uważałem, że to by mi się przydało, gdybym musiał porozmawiać z kimś bardziej oficjalnie i zrobić wrażenie, że na tym etapie firma jest większa i dużo więcej się w niej dzieje, niż tylko sam pomysł na produkt. Wiedziałem też, że to mnie mocno zmotywuje i zbuduje poczucie postępu w projekcie, zanim zobaczę realny, działający system. Poprosiłem Andersa, aby wykonał dla mnie stronę firmową. Obiecałem, że nie będę mu zmieniał konceptu i dorzucał nowych pomysłów, jak nasz poprzedni klient. Powiedziałem też, że zapłacę mu z góry za stronę i logo. Chciałem to zrobić pomimo tego, że Anders sam zaproponował, że zrobi dla mnie stronę za darmo jako dla przyjaciela. Bardzo mi zależało, żeby utrzymać profesjonalną relację. Chciałem
zapłacić i dostać produkt. Miałem samochód, forda probe, który wtedy wydawał mi się superautem. Sportowa sylwetka, reflektory chowające się w masce i pasy, które wyjeżdżały, kiedy otwierało się drzwi. Kupiłem go za pieniądze zarobione podczas wakacji, ale teraz nadszedł czas na inwestowanie w swoją firmę. Sprzedałem forda i kupiłem starego saaba 9000, bo potrzebowałem mieć jakiś samochód, aby się przemieszczać. Niestety autobusy na trasie do mojego domu jeździły teraz rzadziej, a ja dużo spotykałem się z Andersem i wracałem o bardzo różnych porach. Za pieniądze, które mi zostały ze sprzedaży forda, zapłaciłem Andersowi za logo i stronę, a jeszcze trochę został na paliwo do saaba. Przynajmniej na jakiś czas. Anders zrobił fajną stronę, a logo to już było całkiem odjechane. Zrobił je w wersji animowanej do strony. Wyglądało to tak, że stary tradycyjny budynek nagle się rozpadał i z gruzów powstawał bardzo nowoczesny wyższy budynek. Tak jakby to był jakiś Transformers. Włożył w to bardzo dużo pracy, bo taki pomysł bardzo mu się spodobał, a przy okazji mógł też kreatywnie pobawić się grafiką. Chwaliłem się moją stroną ludziom, bo byłem ciągle zachwycony tym animowanym logotypem. Nie jestem pewien, ale chyba tylko ja i Anders byliśmy tym tak zachwyceni. Myślę, że każdy w swoim biznesie na jakimś etapie musi przejść przez taką fazę. W tym samym czasie cały czas szukałem osób na uczelni, które mogłyby mi pomóc zrealizować mój pomysł. Odwiedzałem mnóstwo osób na różnych wydziałach i w końcu spotkałem Kimmo Yliniemi. Robił doktorat i właśnie kończył swój projekt. Wynalazł sposób na mierzenie tego, jak zużywa się energię w budynku ogrzewanym przez sieć miejską. Z elektrociepłowni, przez sieć rurociągów, płynie gorąca woda do budynku. W budynku rozdziela się na dwa węzły, jeden ogrzewa budynek (kaloryfery), a drugi ogrzewa wodę w kranie. Stworzył bardzo proste rozwiązanie, które w centrali budynku można było łatwo zainstalować i mierzyć, na co poszła energia. Wcześniej mierzyło się tylko różnicę między tym, ile energii weszło do budynku i ile wyszło. Jego urządzenie potrafiło mierzyć z dużą dokładnością, ile energii zużyto na potrzebę
ogrzewania, a ile na produkcję ciepłej wody. Urządzenie przewidywało też możliwość połączenia z internetem, aby móc zarejestrowane dane gdzieś wysyłać i na jakiejś stronie pokazywać bieżące zużycie. Zaprezentowałem mu swój koncept i pokazałem stronę firmową. Spodobało mu się logo, co było dobrym znakiem. Ale też spodobał mu się mój pomysł i porozmawialiśmy o tym, jak można by było połączyć nasze projekty. On pracował sam, ja też. On był bardzo techniczny i miał produkt, który byłby świetną bazą dla całej mojej koncepcji. Ja bardziej sprzedażowy i z gotową koncepcją biznesową. Idealne połączenie. Dlatego postanowiliśmy pracować razem. Z racji tego, że jego produkt był rezultatem wielomilionowego badania, a ja nie miałem za dużo pieniędzy, to przy tworzeniu spółki Kimmo stał się większościowym udziałowcem. A ja wnosząc siebie i mój pomysł, wrzuciłem również prawie wszystkie pieniądze, jakie miałem. Tak powstała nasza wspólna spółka o nazwie KYAB. Tak się spłukałem tą inwestycją, że właściwie skończyły mi się pieniądze. Nie miałem już nawet na paliwo, żeby dojeżdżać na uniwersytet, gdzie teraz już nie tylko studiowałem, ale miałem też spółkę. Co więcej, nie kupowałem nawet biletu na autobus, tylko zacząłem chodzić na uczelnię pieszo. Nie miałem na bilet, bo musiałem przecież kupować jeszcze jakieś jedzenie. To nie było łatwe, a ja nie chciałem się nikomu przyznać, że byłem całkowicie spłukany. W związku z tym wiele razy odmawiałem wyjścia na imprezę, bo nie miałem za co tam pojechać, ani kupić piwa czy wejściówki do klubu studenckiego. Jadłem przeważnie makaron z ketchupem, a kiedy w połowie miesiąca skończył mi się ketchup, chciało mi się tylko płakać. Ale pomimo trudności nieustannie wierzyłem w to, że z naszą spółką odniesiemy sukces i w przyszłości kupię sobie Ferrari.
Praca w IdeHuset
Mimo tego, że angażowałem się w dużo różnych prac i projektów, do tego na studiach próbowałem rozkręcić własną firmę robiącą strony WWW i rozwijałem Condotech, to cały czas nie miałem doświadczenia związanego z prowadzeniem firmy. Nie wiedziałem, jak naprawdę robić biznes. Pytając się ludzi, co zrobić, natknąłem się na IdeHuset, czyli (tłumacząc dosłownie na język polski) Dom Pomysłów. Był to projekt prowadzony przez organizację państwową, która wspiera przedsiębiorczość i innowacyjność. Stworzono oddział na uniwersytecie, żeby pomagać studentom testować własne pomysły. Było to miejsce, w którym można było również przyjść po poradę biznesową. W prostszych sprawach studenci dostawali od razu wskazówki, a w bardziej skomplikowanych kwestiach IdeHuset wiedział, gdzie cię odesłać, gdyż organizacja miała dużą sieć kontaktów, znała inne organizacje pozarządowe oraz ich możliwości wsparcia w różnych dziedzinach i na różne sposoby. Nie pamiętam dokładnie, z jakim projektem się tam pojawiłem. Przyszedłem chyba zapytać o projekt dotyczący stron internetowych. Potem miałem kolejne pytania. Coś realizowałem, wracałem do fundacji i znów się o coś pytałem. I tak w kółko. Ludzie, którzy tam pracowali zauważyli moje zainteresowanie i zaangażowanie. W końcu project manager IdeHuset – Olivier Dogo, zapytał mnie, czy nie chciałbym pomagać innym studentom, bo ewidentnie dużo działam, wciąż czegoś próbuję, rozwijam się i nie stoję w miejscu. Zaproponował mi dołączenie do ich zespołu i pracę kilka godzin w tygodniu przy organizacji wydarzeń na uniwersytecie oraz wspieraniu studentów. Dla mnie była to niesamowicie atrakcyjna oferta, a do tego źródło jakiegoś
dochodu. Pomyślałem, że mógłbym zamienić swoje obiady z makaronu z ketchupem na coś lepszego. Bardzo istotne było również to, że dzięki nim mogłem zdobyć wiedzę oraz potrzebne kontakty. Przyjąłem tę pracę z radością. Mniej więcej po pół roku mojej aktywności okazało się, że Olivier i drugi aktywny chłopak nie mogli się tym dalej zajmować, bo kończyli studia. Tym sposobem zostałem jedyną osobą na pokładzie i musiałem zwiększyć swoją aktywność w IdeHuset. Nic dziwnego więc, że zostałem project managerem tego projektu. To było świetne doświadczenie. Przychodzili do nas studenci z różnymi pomysłami, dzięki czemu poznawałem mnóstwo osób, które też chciały coś robić i miały różne koncepcje. Ich podejście, budżety i to, co oni dotychczas osiągnęli, było dla mnie dostępne na wyciągnięcie ręki. To budowało mi szerszą perspektywę tego, jak można myśleć o różnych zagadnieniach biznesowych. Przy udzielaniu pomocy studentom, nawet jeśli nie robiłem tego bezpośrednio, bo nie miałem doświadczenia, to kontaktowałem się z osobami, które mogły ich wesprzeć i widziałem, jakiego rodzaju pomoc są w stanie zaoferować. To mnie bardzo rozwijało. Z czasem ciężko było mi samemu prowadzić Dom Pomysłów, więc zrekrutowałem do niego kolejną osobę. Był to Olov Renberg. Olov stał się moim przyjacielem. Cieszyłem się ogromnie, że dołączył do mojego zespołu – bardzo dobrze to wspominam. Olov pochodzi z rodziny przedsiębiorców. Jego rodzina ma firmę zajmującą się sprzedażą mięsa z renifera, ale nie tylko. Chyba mają dziś połowę rynku szwedzkiego, jeśli chodzi o wyroby z reniferów. Jest to bardzo duża firma, zatrudniająca wiele osób. Jednak Olov z racji tego, że jego ojciec cały czas prowadził firmę, był bardzo zaangażowany, pracowity i pomagał w rodzinnym biznesie. Będąc w moim wieku, był bardzo doświadczony we współpracy z kimś, kto prowadzi duży biznes. Pomagał w projektowaniu logo firmy, w marketingu i sprzedaży. Miał szerokie doświadczenie w biznesie, a przedsiębiorstwo dobrze się rozwijało, więc to również uwiarygadniało jego umiejętności. Praca z nim była ciekawa. Zawsze był profesjonalny
i biznesowy w podejściu do różnych kwestii. Dla mnie było to genialne pod kątem nabywania kolejnych doświadczeń. Gdy Olov pracował w IdeHuset dłuższy czas, zgłosili się do nas doktoranci, którzy mieli pomysł dotyczący systemu zabezpieczenia komputerów dzięki monitorowaniu i analizowaniu zachowań użytkownika, a nie przez hasło, czy linie papilarne. Dzięki temu komputer mógł zweryfikować, czy osoba jest uprawniona do korzystania z niego, czy nie jest. Jeśli nie była, to system blokował komputer. Po jakimś czasie Olov dołączył do tamtego zespołu doktorantów i stał się ich dyrektorem operacyjnym. Pracuje w tej firmie do dzisiaj, rozwinęli się ogromnie i działają na całym świecie. Inspirują mnie. Pracując w IdeHuset miałem też dużo styczności z pozostałymi organizacjami, które wspierały przedsiębiorców na różnych etapach biznesu. Dla jednej z nich, ALMI, stanowiłem świetny łącznik ze studentami. Oferowali oni młodym ludziom różnego rodzaju wsparcie i pomoc. Podsyłałem im wiele osób, co spowodowało, że nawiązałem z ALMI dobry kontakt, który okazał się dla mnie bardzo ważny w życiu. W IdeHuset było dużo inspiracji i dodatkowe pieniądze na poprawę moich warunków życia.
W tym okresie zdecydowanie nauczyłem się że:
- Czasem nie musisz mieć kompetencji, zostajesz sam na pokładzie i po prostu musisz sobie radzić.
- Nigdy nie trzeba się bać o deficyt pomysłów, bo jest ich mnóstwo.
- Realizowanie projektów dla innych w późniejszym czasie okazało się ogromnym zasobem przy realizacji moich projektów – zarówno pod kątem wiedzy, jak i kontaktów.
Dowiedziałem się też nowych rzeczy o sobie.
- Nawet nie mając doświadczenia jako project manager, dałem sobie radę.
- Wszystkiego mogę się nauczyć.
- Podobało mi się pomaganie innym w realizacji ich projektów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co z tym zrobić, a dopiero potem połączyły się „kropki” i zrozumiałem, w czym może być to pomocne.
Komercjalizacja w KYAB
W tym samym czasie, gdy pracowałem w IdeHuset cały czas trwały prace nad komercjalizacją badania naukowego w naszej nowej firmie, KYAB (gdy Condotech połączył się z Kimmo, stworzyliśmy spółkę KYAB). Wszystko szło do przodu, ale bardzo powoli. Wynajęliśmy pomieszczenie w inkubatorze, zaraz koło IdeHuset, w którym mogliśmy pracować, aczkolwiek ja zwykle siedziałem tam wieczorami i w weekendy, gdy tymczasem Kimmo siedział długie godziny, ale w ciągu dnia. W inkubatorze byli Lars-Erik i Daniel, którzy mieli spółkę Netix. Bardzo pracowici, fajni i zawsze uśmiechnięci. Kiedy przychodziłem w weekendy i wieczorami, żeby pracować nad KYAB, to zawsze ich tam zastawałem. Miałem wrażenie, że spędzają tam więcej czasu niż wszyscy inni. Nikt nie spędzał tylu godzin nad projektami
co oni. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo, co zaowocowało w późniejszym okresie, ale do tego jeszcze wrócimy. Jeśli chodzi o KYAB, to świetnie uzupełnialiśmy się z Kimmo. On bardziej naukowiec, ale z zacięciem przedsiębiorcy, który chciał komercjalizować swój pomysł. Ja byłem sprzedawcą i tym, który chciał zrobić z tego biznes. Nie kłóciliśmy się, choć ja się czasem bardzo frustrowałem. Podobały mi się te wszystkie technologiczne rzeczy, o których Kimmo opowiadał, ale naszym pierwszym produktem było pudełko o wymiarach 10 cm x 15 cm. Kimmo chciał poprawić wszystkie komponenty, które były w środku oraz elektroniczne elementy po to, by jeszcze bardziej zmniejszyć wymiary pudełka do rozmiaru 5 cm x 10 cm i nie dodawać żadnych nowych funkcjonalności. To było to, co mnie najbardziej frustrowało, bo oznaczało, że musimy wydać więcej środków na to, żeby robić nowe prototypy i cały hardware, który jest w wewnątrz. Nie rozumiałem, czemu nie możemy zacząć z czymś, co przecież działa i po prostu to sprzedawać, a kiedy zarobimy pieniądze, wówczas zastanowić się nad rozwinięciem produktu. Kimmo strasznie się upierał, bo nie chciał wejść na rynek z czymś, z czego nie był wystarczająco zadowolony. Rozumiałem, że chciał pokazać na rynku produkt, z którego byłby dumny. W moim odczuciu powinniśmy jednak najpierw zderzyć ze światem nasz pomysł i zobaczyć, czy to ma w ogóle sens, bo wszystko opierało się głównie na teorii i naszych założeniach. To, że my uważaliśmy, że pomysł jest świetny i zbudujemy na tym dobry biznes, nie oznaczało, że ludzie również będą tak to postrzegać lub za to płacić. Dużo spierałem się z Kimmo, czy to jest właściwy moment, żeby z produktem w takiej formie wejść na rynek, czy nie. Wiedząc, że ze strony Kimmo jest duży opór, musiałem podejść do sytuacji trochę niestandardowo. Pomyślałem sobie, że nasze narzędzie jest czymś wykorzystywanym w domach ludzi, którzy korzystają z sieci miejskiej oraz kupują prąd od elektrociepłowni. W związku z tym może należałoby spotkać się z przedstawicielami elektrociepłowni i zaprezentować im nasz pomysł. Może to nie będzie
nasz bezpośredni klient, ale chciałem sprawdzić, co oni myślą na ten temat. Bardzo zależało mi na tym, by chociaż część rynku zweryfikowała nasz pomysł. Wszedłem na stronę internetową, znalazłem jakiś ogólny numer do siedziby elektrociepłowni miejskiej i zadzwoniłem do nich. Odebrał ktoś z recepcji, a ja przedstawiłem się i powiedziałem, że chcę się umówić z dyrektorem i przedstawić mu nowy produkt. Zaznaczyłem w rozmowie, że chodzi mi o badanie naukowe produktu, który w tej chwili komercjalizujemy i chcielibyśmy zobaczyć, czy firmę to zainteresuje. Dzięki temu nie miałem problemu z tym, żeby być przekierowanym do sekretarki prezesa i zorganizować spotkanie. Zadzwoniłem do Kimmo i powiedziałem, że mam dla niego niespodziankę. Chciałem spotkać się z nim pod podanym adresem, żeby porozmawiać o naszym produkcie przy kawie. On zdecydowanie nie miał ochoty na niespodzianki. Namawiałem go jednak, żeby przyjechał i zobaczył, że będzie fajnie. Gdy nadszedł dzień spotkania, pojawiłem się pół godziny wcześniej. Byłem trochę zestresowany, bo nie wiedziałem, jak Kimmo zareaguje na to wszystko. Kiedy Kimmo dołączył do mnie, widział, że jest to siedziba elektrociepłowni, więc zapytał, co my tutaj robimy. Odpowiedziałem, że za dziesięć minut mamy spotkanie z prezesem elektrociepłowni i że to on stawia kawę. Wtedy Kimmo się wściekł, był w szoku i nie chciał pokazywać swojego urządzenia w formie prototypu. Uspakajałem go, żeby się nie denerwował, bo to niezobowiązujące spotkanie. Powiemy, że to jest prototyp, że już za chwilę będziemy mieć nowe i gotowe rzeczy. Chciałem, żebyśmy poszli tam razem i wspólnie opowiedzieli ludziom z elektrociepłowni, co robimy. Dzięki temu sprawdzilibyśmy, jak oni na to zareagują. Na szczęście ostatecznie mój wspólnik zgodził się na to wszystko, choć nadal nie był z mojego planu zadowolony. Pamiętam, jak jechaliśmy windą, a Kimmo nie odzywał się do mnie ani słowem, a jego spojrzenie przeszywało mnie na wylot. To była najdłuższa podróż windą w moim życiu.
Osoba z recepcji wprowadziła nas do pokoju konferencyjnego. Dopiero wtedy poczułem prawdziwy stres – przede mną było spotkanie z prezesem, a ja nie wiedziałem, jak mój wspólnik się zachowa. Kiedy przyszedł prezes, zostaliśmy przez niego bardzo mile przywitani. Prezes zapytał, z czym do niego przychodzimy. Wtedy poprosiłem Kimmo, żeby opowiedział o swoim badaniu i jego wynikach, bo może to się okazać ciekawe dla elektrociepłowni. I nagle coś się zmieniło, gdy Kimmo zaczął opowiadać o swoim badaniu i jego rezultatach. Było widać, że to, co robi, to jego pasja i życie. Po półgodzinnym opowiadaniu o badaniu, naszej firmie KYAB, naszym produkcie i tym, jak on działa, prezes powiedział, że jest to dla niego bardzo ciekawe. Chodziło o to, że nasze urządzenie montowało się w centrali, która dystrybuowała wodę na węzeł ogrzewania nieruchomości, mieszkania czy domu. Był to węzeł, który biegł przez kaloryfery, ogrzewając dom, a także drugi węzeł, który produkuje ciepłą wodę. Gdy spuszczamy w zlewie czy prysznicu ciepłą wodę, to wtedy właśnie działa ten drugi węzeł. Tym urządzeniem można było sterować również w centrali, ponieważ posiadało funkcję programowania. Słuchając Kimmo, prezes elektrociepłowni pomyślał o innej korzyści z naszego urządzenia, o której my nie pomyśleliśmy, bo nie zdawaliśmy sobie z niej sprawy. Wytłumaczył nam, że szczególnie zimą elektrociepłownia ma problem z tym, że rano przed pracą i po południu, kiedy ludzie wracają z pracy, zużywane jest bardzo dużo ciepłej wody: bierzemy prysznic, gotujemy, myjemy naczynia itp. Dodatkowo ogrzewanie w domach, które również potrzebuje ciepłej wody, włączone jest cały czas. W związku z tym są dwa okresy w ciągu dnia, rano i po południu, w których elektrociepłownie osiągają szczyt, czyli wzmożony pobór energii. W tym czasie elektrociepłownia nie jest w stanie dostarczyć 100% potrzebnej energii. Musi dopalać swoją sieć innymi źródłami energii, żeby było jej dostatecznie dużo w sieci miejskiej i tej ciepłej wody, którą sprzedają – to duży problem. W ten sposób ciepła woda jest najtańszą formą kupowania energii, no chyba, że ma się panele słoneczne. Wszystkie inne
źródła, którymi firma musiała dopalać ogrzanie wody, są dużo droższe i oznacza to, że elektrociepłownia traci na tym, bo sprzedaje energię po niższej cenie, niż ich to ostatecznie wynosi. Nasze urządzenie z racji tego, że potrafiło natychmiast wiedzieć, gdzie i na ile jest produkowana energia oraz nią sterować, mogło ułatwić ten proces. Prezes zapytał nas, czy jesteśmy w stanie przez tę chwilę, gdy produkowana jest ciepła woda, wyłączyć lub ograniczyć ogrzewanie i tylko produkować ciepłą wodę. To było możliwe. Chodziło o to, że wyłączając na chwilę węzeł ciepłej wody odpowiadający za ogrzewanie, nie powodujemy, że w budynku od razu robi się zimno. Natomiast dzięki takiemu rozwiązaniu zmniejszalibyśmy chwilowe zapotrzebowanie na energię, która mogłaby być wykorzystana w innym miejscu. Nasz pomysł mógł pomóc w tym, by zamiast ogrzewania budynku, ogrzewać tylko ciepłą wodę. Prezes powiedział, że jeśli jesteśmy w stanie to zrobić, to obniżmy mu popyt na energię w tych miejscach, w których oni muszą do tego dopłacać. To były gigantyczne kwoty – miesięcznie byłyby to milionowe oszczędności dla firmy w okresie zimowym. A nasze urządzenie było tanie i proste w instalacji. Wychodząc ze spotkania z prezesem elektrociepłowni, okazało się, że koncepcja tego, aby nasz produkt był skierowany do właścicieli inteligentnych domów, w których moglibyśmy mierzyć zużycie energii, pokazywać je w panelu, podłączać do innych czujników i w ten sposób programować oraz budować inteligentną infrastrukturę w mieszkaniu, nie była pełna. Nagle okazało się, że elektrociepłownia jest w stanie zapłacić bardzo dużo, by zainstalować takie urządzenia w wielu budynkach. Rezultat był taki, że z tego spotkania wychodziliśmy z klientem, który zmienił całkowicie nasz tor myślenia i model biznesowy. Firma obrała inny kierunek i czuliśmy, że będzie z tego dobry biznes.
To koniec darmowych rozdziałów.
Pozostałe rozdziały dostępne są w wersji papierowej i ebook. Zamów książkę żeby czytać dalej.